Reklama

Autor 13:35 Żeglarstwo

INATIZ dotarła już do zachodniego wybrzeża Zatoki Hudsona

INATIZ kręci się w okolicach Rankin Inlet. Oto korespondencja i kilka informacji z życia w osadach rozrzuconych na północnych wybrzeżach Cieśniny i Zatoki Hudsona.

Tekst i zdjęcia: Materiały organizatora wyprawy

Wpłynęliśmy na wody Arktyki Kanadyjskiej w idealnym momencie. Dosłownie deptaliśmy po piętach ustępującemu po zimie pakowi lodowemu. Co prawda to już pierwsze dni sierpnia, ale lato w tej części świata przychodzi strasznie późno i jest bardzo krótkie. Obawialiśmy się, że lód może nie wpuścić nas na wody Cieśniny Hudsona. Patrząc na mapy lodowe wybieraliśmy miejsca, gdzie lodu miało być najmniej. A gdy tam docieraliśmy, okazywało się, że lodu w rzeczywistości jest jeszcze mniej niż w prognozach. Kolejny raz sprawdziło się powiedzenie: “widziałeś mapę lodów, czyli niczego nie widziałeś”. Mapy tak naprawdę pokazują nam to, co już było jakiś czas temu.

Jednym z celów naszej wyprawy są odwiedziny w ilu tylko się da osadach inuickich na terytorium Nunavut. Obszar tej prowincji to ponad dwa miliony kilometrów kwadratowych i na tej ogromnej przestrzeni rozsiane jest dwadzieścia pięć osad, w których mieszka łącznie około trzydziestu tysięcy osób. Jak żyje się na dalekiej północy? Postanowiliśmy dowiedzieć się u źródła.

Pierwszą osadą, do której trafiliśmy, było Kimmirut leżące na północnym brzegi Cieśniny Hudsona. Mieliśmy ogromne szczęście, bo spotkaliśmy Jean Pierra Gouleta – lokalnego managera zajmującego się zarządzaniem chyba tuzinem różnych gałęzi “biznesu” w osadzie. J.P. wyraźnie brakowało towarzystwa przez niemal dwa dni opowiadał nam o każdym aspekcie życia ich niespełna pięćset osobowej społeczności.
To, co rzuca się to w oczy przy pierwszej wizycie w Kimmirut, to mnóstwo biegających wszędzie dzieci. W osadzie mieszka ich ponad 140. Nasz rozmówca śmieje się, że to efekt długich, mroźnych i ciemnych zim. W osadzie jest szkoła, ale dzieciaki chodzą do niej niezbyt chętnie. To problem systemowy – trudno zmotywować inuickie dzieci do nauki, bo w rozumieniu ich rodziców i dziadków zdobycie wykształcenia nie wiąże się z poprawą jakości życia. Zresztą poziom w szkołach jest dużo niższy niż w innych częściach Kanady. Jeśli nauczyciel zbytnio podniesie wymagania – dzieci po prostu przestaną przychodzić na zajęcia. – I co im zrobisz? – J.P. rozkłada ręce

Po ukończeniu 12 klas w lokalnej szkole uczniowie mają możliwość wyjazdu do Arctic Collage, którego główny kampus mieści się w Iqaluit, stolicy Nunavut. Collage oferuje różne ścieżki edukacji: można zrobić licencjat z pielęgniarstwa, pedagogiki czy zarządzania biznesem, lecz tutejsza młodzież przeważnie wybiera programy edukacji zawodowej. Wybrane kursy kończy mniej niż połowa uczestników – reszta rezygnuje z nauki przed uzyskaniem dyplomu. A przecież na wyjazd do Iqaluit decydują się na to tylko nieliczni i najbardziej zdeterminowani. Kimmirut to bardzo zamknięta społeczność i młodzi ludzie, aby wyjechać do na studia czy do pracy poza osadę, potrzebują zgody “starszyzny” osady. Ale nawet gdy dostaną taką zgodę, opuszczają społeczność praktycznie bez możliwości powrotu. Usłyszeliśmy, że albo jest się częścią społeczności, albo się wyjeżdża – a o takich co wyjechali, osada po prostu zapomina. Zresztą wyjechać nie jest łatwo. W osadzie funkcjonuje nieduże lotnisko z szutrowym pasem startowym. J.P. zaproponował nam samochodową przejażdżkę po nim. Ale jak to? Nie będziemy przeszkadzać??

– Ależ skąd! Mamy tu tylko trzy loty w tygodniu. Zresztą to moja firma odpowiada za utrzymanie techniczne pasa. Pojedziemy na… inspekcję.

J.P. nie ukrywa, że czuję się w Kimmirut trochę samotny – jego żona i córka mieszkają w Montrealu. Gdy pytamy jak często się widują, odpowiada, że dwa razy w roku. Loty są tu bardzo drogie nawet z managerskiej pensji nie może sobie pozwolić na częstsze podróże. A innych możliwości wydostania się z osady praktycznie nie ma. Drogi lądowej po prostu nie ma. Nie kursują też żadne promy, a zaopatrzenie przypływa statkiem tylko trzy razy w roku.

Wracając z lotniska mijamy cmentarz. Proste groby z białymi krzyżami położone są na jednym z niewielu fragmentów gleby. Dowiadujemy się, że pochówki organizowane są tylko latem a i wtedy groby kopie się tylko na 3-4 stopy – głębiej jest skała. A co, jeśli ktoś umrze zimą? J.P. w odpowiedzi pokazuje nam niebieską chłodnię. Kontener ustawiono tuż przy stacji agregatów zasilających osadę.

– Tu mamy kostnicę. Zwłoki czekają na pogrzeb nieraz i po kilka miesięcy.

(Visited 71 times, 1 visits today)
Tagi: , Last modified: 2 września, 2022

Partnerzy serwisu

Zamknij