Reklama

Autor 16:40 Żeglarstwo

Nagroda portalu nowezagle.pl za morski rejs małym jachtem w konkursie Rejs Roku

Redakcja portalu nowezagle.pl, podtrzymując ponaddwudziestoletnią tradycję nagrody za morski rejs małym jachtem w konkursie Rejs Roku, przyznała swoją nagrodę za 2021 rok. Redakcyjne jury po przewodnictwem redaktora naczelnego Dominika Życkiego, w składzie: kpt. Mariusz Główka, kpt. Marek Zwierz, kpt. Jerzy Kuliński oraz Waldemar Heflich, uhonorowało Juranda Goszczyńskiego za rejs przez Atlantyk 5-metrowym jachtem „Alczento” typu Setka na trasie Sagres – Teneryfa – Martynika długości 3300 mil oraz za zwycięstwo w transatlantyckich regatach Setka Atlantic Challenge 2021.

Tekst Waldemar Heflich
zdjęcia
mat. pras. rejsu

W trudnych czasach pandemii, ograniczeń i trudności dnia codziennego, niewielu ludziom udaje się zrealizować marzenia. Jednym ze szczęśliwców był Jurand Goszczyński. Zbudował jacht typu Setka, przygotował się do oceanicznego rejsu i wystartował w trzeciej edycji transatlantyckich regat jachtów tej klasy. Ich pomysłodawcą i organizatorem jest konstruktor tych dzielnych 5-metrowych łódek, Janusz Maderski.

Do regat Setką przez Atlantyk 2021 zgłosiło się dwunastu żeglarzy. Wystartowało czterech. Regaty podzielone są na dwa etapy. Pierwszy rozpoczął się 11 listopada 2021 roku i prowadził z portugalskiego Sagres do Santa Cruz na Wyspach Kanaryjskich. Zakończył się 18 listopada. 10 grudnia wystartował drugi etap z metą na Martynice. Łącznie żeglarze musieli pokonać około 3500 Mm.

Wyniki pierwszego etapu
Jurand Goszczyński, „Alczento” – 5 dni 10 godzin
Adam Radecki, „Dream Catcher” – 6 dni 11 godzin 30 minut
Ludek Chovanec, „Stovka” – 6 dni 20 godzin 37 minut
Jakub Dąbrowski, „Shaka” – 6 dni 23 godziny 30 minut

Wyniki drugiego etapu
Jurand Goszczyński, „Alczento” – 28 dni 5 godzin 3 minuty
Ludek Chovanec, „Stovka” – 35 dni 2 godziny 16 minut
Jakub Dąbrowski, „Shaka” – nie ukończył
Adam Radecki, „Dream Catcher” – nie ukończył

Klasyfikacja generalna – wyniki łączne obu etapów
Jurand Goszczyński, „Alczento” – 33 dni 15 godzin 3 minuty
Ludek Chovanec, „Stovka” – 41 dni 22 godziny 53 minuty
Jakub Dąbrowski, „Shaka” – nie ukończył
Adam Radecki, „Dream Catcher” – nie ukończył

Zwycięzca atlantyckich regat Setek Jurand Goszczyński wykazał się odwagą i nieprzeciętnymi umiejętnościami żeglarskimi. Przepłynął Atlantyk w 28 dni, potwierdzając, że nawet na tak małych jachtach, ale dobrze przygotowanych i bezpiecznie prowadzonych, można odbywać oceaniczne rejsy.

Z całą pewnością Jurand nie raz będzie opowiadał o swoim wyczynie. Może napisze książkę? Dla wielu żeglarzy będzie doskonałym źródłem wiedzy o przygotowaniu i realizacji wielkiej żeglarskiej przygody. Tuż po zakończeniu rejsu napisał krótki tekst podsumowujący na gorąco, to co przeżył na swoim malutkim „Alczento”. Oto jego fragmenty: 

CO TAM SIĘ WŁAŚCIWIE WYDARZYŁO NA TYM OCEANIE? HISTORIA PRAWDZIWA.

Przepraszam czytelników, że ten wpis nie znalazł się szybciej na Facebooku. Sam tego jeszcze nie rozumiem, ale z nieznanych mi powodów dopiero od paru dni jestem w stanie myśleć o tym co tam się działo. Do tej pory miałem taką blokadę, że nawet własnej żonie prawie nic nie opowiadałem.

-No płynęło się jakoś… No 28 dni chyba… eee… duży ten ocean… jakoś tam poszło…
-aha… i to tyle?
-nooo… woda i woda i już… dużo wody… strasznie dużo tej woooody…

Właśnie tyle Irka ode mnie początkowo usłyszała 🙂

Z żeglarskiego punku widzenia rejs to było po prostu rzemiosło. Często męczące i monotonne. Najlepszy tort w ilościach hurtowych będzie wyzwaniem, jeżeli będziemy chcieli go zjeść jednego wieczoru. Niezliczone ilości refowań-rozrefowań, poprawek kursu, setki godzin za sterem. Z racji, że był to wyścig nie było wymówek dla jakości pracy na jachcie. Sądzę, że gdybym opowiedział o wszystkich “żeglarskich” czynnościach, które po kolei zrobiłem, to największy miłośnik regat nie dobrnąłby do końca lektury.

Ostatni tydzień rejsu był trudny. Trudny fizycznie. Każdej doby nękają mnie szkwały burzowe. Po kopach wiatru z przerośniętych cumulunimbusów następuje słaby wiatr i następnie przychodzą kolejne szkwały. Nieraz kilkanaście zmian żagli dziennie, co jest co najmniej męczące i irytujące. Męczy też czujność, którą trzeba zachować w nocy. Po tym jak pierwszy szkwał przyłapuje mnie na drzemce, wiem, że nie mogę sobie już więcej pozwolić na taki błąd. W dzień obserwacja nieba pozwala przygotować się na burzę, natomiast w nocy trzeba ratować się szybką reakcją. Głupio by było mieć jakiś wypadek przed samą metą.

Poza szkwałami życie utrudniają dywany wodorostów. Sargassy spowalniają żeglugę, a gdy mocniej wieje czynią ją niebezpieczną. Rośliny owijają się na kilu i powodują, że łódka jest powolna i bardzo buja. Do rytuału antysargassowego należy zwrócenie jachtu pod wiatr co pół godziny, tak aby przepłynąć kawałek na wstecznym. Zazwyczaj wtedy spadają. Czasem trzeba powtórzyć. Manewr nazywam Szalonym Iwanem i powtarzam go dokładnie 48 razy na dobę…

Ta całodobowa praca ani trochę nie męczy. Odhaczam dni do końca, jestem już w stanie obliczyć datę lądowania, a nawet porę dnia.

Wiem, że moje dziewczyny już czekają na Martynice. Mimo tylu przeszkód, nie widzę problemów w pokonywaniu ich, ani nie szereguję ich w kategorii dużych trudności. Tak działa właśnie motywacja.

Ostatniej nocy ocean postanawia wpisać się do pamiętnika. Zaczyna wiać. Jeszcze tego nie wiem, ale będzie poważniej niż do tej pory. Zostawiam na noc tylko dwa foki bliźniaki, każdy po 5 metrów kwadratowych. Sądziłem, że to zestaw asekuracyjny. Koło północy wiem, że muszę ściągnąć jeden z nich. Mam wrażenie, że łódka zaraz się rozpadnie.

Wrażenie to było silniejszym uczuciem niż opór przed wyjściem na pokład dziobowy. Zaznaczam, że nigdy wcześniej nie miałem z tym problemu. Tej nocy pełzam bez ubrania po pokładzie aż do samego dziobu. Robię to w tempie ślimaka, stylem ośmiornicy, używając całego swojego ciała do przylgnięcia do podłoża. Przesuwając się po centymetrze, rejestruję za pomocą receptorów bólowych dokładne położenie wszystkich okuć na pokładzie oraz fakturę powierzchni antypoślizgowych. Tak odległy wydawał mi się wtedy ten żagiel, który miałem ściągnąć…

Udało się! Skoro to piszę to znaczy, że się udało. Rano fale sięgały wyżej niż maszt, który ma 7 metrów wysokości. Poczułem satysfakcję.

Satysfakcja nie opuszcza mnie już do mety. Satysfakcja z tego, że wracając w jednym kawałku, nie zawiodłem najbliższych. Satysfakcja z ukończenia trzeciej edycji jednych z najbardziej szalonych regat na świecie. Satysfakcja z poznania samego siebie. Ciężko mi opisać jak wielka jest satysfakcja zbudowana na takim fundamencie. Jeżeli chcesz się tego sam dowiedzieć, musisz przepłynąć swój własny Atlantyk…

(Visited 632 times, 1 visits today)
Tagi: , , Last modified: 7 marca, 2022
Reklama

Partnerzy serwisu

Zamknij