Reklama

Autor 17:57 Sport

Jacek Siwek o Rolex Sydney Hobart Yacht Race 2020

Po sukcesie polskich żeglarzy w Rolex Middle Sea Race, teraz z wielkim zainteresowaniem czekamy na start kolejnego wyścigu klasycznego, tym razem na Antypodach. Tradycyjnie w Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia ma wystartować 76. edycja Rolex Sydney Hobart Yacht Race. W ubiegłym roku skiperem jachtu “Maserati” w tym wyścigu był Jacek Siwek, jeden z najbardziej doświadczonych polskich żeglarzy, od lat biorący udział w regatach w formule pro-am. Oto jego felieton!

Tekst opracował Wojciech Barszczowski
Zdjęcie Kurt Arrigo / mat. pras. Rolex

W tekście podsumowującym nasz zeszłoroczny start w Sydney-Hobart i zajęcie 12. miejsca na jachcie „Maserati” zakończyłem tak: „Mam też nadzieję, że w przyszłym roku wystartuje więcej polskich ekip. To trudny wyścig, organizacyjnie bardziej skomplikowany, niż regaty w Europie lub na Karaibach, koszty są znacznie większe, a i okres świąteczny nie sprzyja takim planom. Ale Rolex Sydney Hobart Yacht Race to marzenie każdego żeglarza, a my pokazaliśmy, że marzenia warto i można spełniać.”

W obliczu niepewności spowodowanej epidemią koronawirusa organizacji startu podjął się tylko Przemek Tarnacki i jego załoga Ocean Challenge Yacht Club, na szybkim i mającym szanse na jedno z czołowych miejsc jachcie klasy Volvo Ocean 65.

Epidemia rodzi wiele pytań. Czy zagraniczni żeglarze będą mogli dolecieć do Sydney? Co z osobami towarzyszącymi? Czy będą musieli mieć wyniki testów na COVID 19? Czy będą musieli przejść kwarantannę? Czy da się dostarczyć na miejsce jachty spoza Australii? Czy w ostatniej chwili Australia nie zamknie granic? Czy w Sydney lub Hobart nie zostanie ogłoszony lockdown? Czy Crusing Yacht Club of Australia nie będzie musiał w ostatniej chwili regat odwołać?

Brak odpowiedzi dodatkowo komplikuje, i tak zawsze trudną, organizację uczestnictwa. Zespoły startujące w RSHYR muszą spełnić rygorystyczne kryteria. To pokłosie tragedii z 1998 roku, gdy w silnym sztormie, przy wietrze o prędkości przekraczającej 65 węzłów zginęło 6 żeglarzy, 55 zostało zdjętych z pokładów w trakcie akcji ratunkowej, w której udział wzięło 35 samolotów i śmigłowców oraz 27 jednostek marynarki wojennej Australii. Ze 115 startujących jachtów do mety dotarło zaledwie 44 (wygrał jacht „Sayonara” skipper Chris Dickson, właściciel Larry Ellison).

Od tamtej pory w każdej załodze określona liczba lub procent żeglarzy musi legitymować się formalnymi uprawnieniami (np. operatorów łączności dalekiego zasięgu i pierwszej pomocy), ukończeniem kursu przetrwania i bezpieczeństwa na morzu czy stażem żeglarskim obejmującym udział w regatach kategorii 0 (to w zasadzie tylko wyścigi transoceaniczne) lub kategorii 1 (tu kryteria są nieco mniej oczywiste, bo np. słynny Fastnet jest rozgrywany „tylko” według zasad wyścigu kategorii 2, ale organizatorzy uznają go – i słusznie – za wystarczająca kwalifikację do RSHYR) lub rejsów uznanych przez Komisję Regatową za równoważne. Dodatkowo wszelkie uprawnienia, o których wspomniałem muszą być uznawane w Australii (a np. nie wszystkie kursy organizowane nawet przez brytyjską RYA są, o polskich nie wspominając).

To wszystko wymaga odpowiedniego doboru załogi. Do tego oczywiście dochodzą kwestie takie jak skoordynowanie lotów, rezerwacje hoteli, organizacja kolacji wigilijnej, miłym dodatkiem jest organizacja pobytu osób towarzyszących. Niepewność związana z koronawirusem w tym nie pomaga.

Cieszę się, że mimo tylu ryzyk i niepewności Przemek Tarnacki zdecydował się na start. Sydney Hobart to wyścig klasyczny, wysoko ceniony, bardzo prestiżowy i zawsze bardzo silnie obsadzony. Polska ma wspaniałe tradycje morskie i polskich żeglarzy na starcie po prostu nie może zabraknąć. Tym bardziej, że w ostatnich latach nasza obecność była mocno zaznaczona.

Po pierwszym starcie Polaków na jachcie „Bols” w 2001 roku mieliśmy dłuższą przerwę, ale już w 2014 roku wystartowały „Katharsis” i „Selma”, w 2017 Przemek Tarnacki na jachcie „Weddell”, w 2018 przedsięwzięcie Yacht Clubu Sopot zakończyło się wprawdzie niepowodzeniem, ale w 2019 polska załoga popłynęła na „Maserati”. Polacy startowali także jako członkowie innych załóg, w Sydney Hobart płynęła Ewa Fijołek, Filip Pietrzak na starcie stanął już czterokrotnie, a w 2019 do grona polskich uczestników dołączyła Asia Pajkowska.

W 2020 ta grupa powiększy się o kilkunastu następnych polskich żeglarzy. Dla części z nich start w Sydney – Hobart to spełnienie marzenia, dla niektórych kolejne wyzwanie, dla innych zamknięcie pewnego rozdziału, którego nie udało się zamknąć w latach wcześniejszych. Dla wszystkich niesamowite przeżycie i szansa na wzięcie udziału w wyjątkowym wydarzeniu.

Czego możemy się spodziewać ? Po pierwsze Sydney Hobart to wyścig, wbrew pozorom, bardzo trudny taktycznie i nawigacyjnie. Większość z nas słyszała humorystyczne opisy trasy w rodzaju – „wypłynąć z zatoki Sydney, skręcić w prawo i po 600 milach ponownie skręcić w prawo do mety”. Taki opis oddaje wprawdzie dość wiernie przebieg trasy na mapie, ale nie uwzględnia specyficznych warunków pogodowych i prądowych na tym akwenie. Bardzo często ostateczny rezultat zależy od ominięcia dziur wiatrowych, oraz trafnej oceny zasięgu prądu przybrzeżnego. Umiejętności i doświadczenie nawigatora odgrywają kluczową rolę.

Po drugie dużo zależy od listy zgłoszeń. Wiadomo już, że na starcie nie stanie „Comanche”. Jim Cooney sprzedał swój jacht i nowy właściciel przetransportował go do Europy, a swoją szansę na historyczne dziesiąte zwycięstwo w „wielkim wyścigu na południe” otrzymał „Wild Oats XI”. Ale tego jachtu na liście zgłoszeń także nie ma. Brak dwóch jachtów, które zdominowały Sydney – Hobart w ostatniej dekadzie, to oczywiście olbrzymia sensacja, ale także niepowtarzalna okazja do zajęcia lepszego miejsca przez inne zespoły. Wystartują inne 100-stopowe maszyny regatowe „Black Jack”, „Scallywag” i „InfoTrack”więc, jeśli nie przytrafią się żadne awarie lub bardzo słabe wiatry to podium jest już wprawdzie obsadzone, ale to jednak nie jest, jak w latach poprzednich, pięć z góry zajętych miejsc.

Po trzecie, jak to w żeglarstwie, swoje trzy grosze dołoży pogoda, a dokładniej to co określa się jako „przeważające warunki wiatrowe”. Grupa, w której walczyć będzie, Ocean Challenge Yacht Club, to jachty 60-70 stopowe i jednostki klasy TP52, które – jak tego doświadczyliśmy na własnej skórze w zeszłym roku – w sprzyjających im (a więc lekkowiatrowych) warunkach mogą okazać się bardzo, bardzo szybkie.

Ostateczny wynik zależeć będzie od załóg i warunków pogodowych. W zasadzie wszystkie jachty zajmujące czołowe miejsca obsadzone są przez zawodowe regatowe załogi z najwyższej półki lub ekipy intensywnie trenujące przed Sydney – Hobart przez kilka miesięcy i zespoły półamatorskie mają małe szanse na nawiązanie z nimi równorzędnej walki. Ten deficyt umiejętności, doświadczenia i zgrania załogi można częściowo skompensować jachtem i taką właśnie szansę będzie mieć Przemek Tarnacki i jego zespół.

Volvo Ocean 65 to jednostka bardzo dzielna i bardzo szybka, zaprojektowana i zbudowana do startu w załogowych regatach dookoła świata i do szybkiego pływania w najtrudniejszych możliwych warunkach. Ten jacht gorzej (relatywnie do np. TP52) czuje się przy słabych wiatrach, więc, nieco upraszczając „im trudniej, tym lepiej”. Ale równocześnie „im trudniej”, tym bardziej do szybkiego, ale bezpiecznego pływania konieczne jest doświadczenie i zgranie załogi. Dla polskiej, półamatorskiej ekipy na takim jachcie optymalne byłyby więc (choć to oczywiście tylko bardzo przybliżone wartości) wiatry od 15-20 do 30, może 35 węzłów.

I jeszcze jedna uwaga. Moje powyższe rozważania dotyczą wyniku w czasie rzeczywistym, czyli „kto pierwszy, ten lepszy”. Oczywiście w czasie skorygowanym wyniki będą zupełnie inne, ale ja pozostanę przy swojej preferencji dla klasyfikacji Line Honours, czyli w czasie rzeczywistym. Oceaniczne jachty regatowe są projektowane i budowane pod kątem osiągania największych prędkości i, na ogół, nie są optymalizowane z punktu widzenia formuł przeliczeniowych (jednym z nielicznych wyjątków jest „Rambler 88”). Najbardziej znane oceaniczne jednostki regatowe z reguły słabo wypadają w przelicznikach. „Comanche”, czy „Wild Oats XI” wygrywając Sydney – Hobart w formule Line Honours równocześnie zajmowały bardzo odległe miejsca w klasyfikacji IRC. Ta reguła dotyczy generalnie także jachtów klasy Volvo Open 70, czy Volvo Ocean 65.

Nie jestem zwolennikiem porównywania wyników z różnych lat. Zbyt różne warunki, zbyt różne jachty, zbyt zróżnicowana konkurencja. Ale ponieważ wśród czytelników są także osoby lubiące tabelki i porównania to podam jako ciekawostkę, że Ocean Challenge Yacht Club może zmierzyć się z następującymi „polskimi” rekordami w Sydney Hobart:

  • IRC: 2. miejsce „Bols’a” w 2001 roku
  • Line Honours : 10.miejsce „Bols’a” w 2001 i 12. miejsce „Maserati” w 2019 r.
  • Czas 2 dni 6 godzin 31 minut „Maserati” w 2019 r.

Dla mnie wszystkie starty Polaków w najważniejszych regatach są znaczące i pozytywne. Wszystkie przyczyniają się do dalszej popularyzacji żeglarstwa. Wszystkie pokazują, że marzenia o startach w kultowych regatach mogą realizować także amatorzy. Wszystkie są olbrzymim przeżyciem dla członków zespołu, z których większość kiedyś nawet nie marzyła o takim wyczynie.

Trasa Rolex Sydney Hobart Yacht Race
Trasa Rolex Sydney Hobart Yacht Race

Z OSTATNIEJ CHWILI:
Przemek Tarnacki podjął decyzję o rezygnacji ze startu w tegorocznej edycji Rolex Sydney Hobart Yacht Race. Wiem jak trudna to musiała być decyzja i jak duże rozczarowanie dla jego zespołu, ale to decyzja odpowiedzialna i słuszna. Restrykcje obowiązujące w Australii, w tym długa kwarantanna, duże ryzyko związane z logistyką podróży – także powrotnej, to obiektywne ograniczenia, na które organizator takiego wyjazdu nie ma wpływu. Jestem pewien, że Przemek i jego zespół wrócą do Sydney za rok na trasę tego kultowego klasyka.

(Visited 508 times, 1 visits today)
Tagi: , , , Last modified: 10 listopada, 2020
Reklama

Partnerzy serwisu

Zamknij